Gdybyście znaleźli się w Korei Północnej i zapytali: „Gdzie tutaj jest Wi-Fi?”, prawdopodobnie nikt by was nie zrozumiał. I nie chodzi o barierę językową – wielu mieszkańców po prostu nie wie, czym jest Wi-Fi. Wyobraźcie sobie: 26 milionów mieszkańców, z których ponad połowa nigdy nie słyszała nie tylko o sieci bezprzewodowej, ale nawet o samym internecie. Wszystko dlatego, że dostęp do niego znajduje się za zasłoną cenzury i ścisłej kontroli władz, które traktują praktycznie każdą informację z zewnątrz jak kontrabandę. Dziś opowiem, w jaki sposób mieszkańcy Korei Północnej korzystają z sieci, czego do tego potrzebują i czy Kim Dzong Un rzeczywiście gra w Dotę. Na początek zostawiam również zaproszenie do naszego sklepu internetowego, gdzie zawsze możecie kupić wydajny komputer gamingowy .
Korea Północna od zawsze pozostaje za zasłoną tajemnicy. Wiadomo o niej stosunkowo niewiele, nie mówiąc już o codziennym życiu jej mieszkańców. Tajemnica państwowa w KRLD utrzymywana jest na najwyższym poziomie – do tego stopnia, że informacje z trudem przedostają się zarówno do kraju, jak i poza jego granice. Rodzina Kimów od dawna zadbała o system izolacji i represji. Czas jednak nie stoi w miejscu, a technologie nieustannie się rozwijają, sprawiając, że świat staje się coraz mniejszy.
Nawet przez najbardziej restrykcyjne bariery zawsze przedostaje się coś nowego – coś, co może zmienić zasady gry. KRLD traktuje jako zagrożenie praktycznie każdą informację pochodzącą spoza granic państwa. Wszystko, co nielegalnie przekracza granicę kraju, jest zakazane, a dotyczy to również informacji. Może to zaskakiwać, ale nawet w 2026 roku mieszkańcy są gotowi płacić duże pieniądze za pendrive'y z plikami multimedialnymi o pojemności zaledwie 5 GB.
W 2020 roku w KRLD wprowadzono prawo przewidujące surowe kary za dostęp do zagranicznych informacji. Można trafić do więzienia za samo obejrzenie południowokoreańskiego serialu albo posiadanie go na pamięci USB. Według opisywanej historii w 2021 roku jeden z mieszkańców nielegalnie przemycił do kraju sezon „Squid Game”, za co miał zostać stracony.
Muzyka, kino czy zagraniczne materiały wideo – wszystko to podlega rygorystycznym przepisom działającym niczym filtr. I choć system filtruje informacje bardzo skutecznie, mieszkańców Korei nadal ciągnie do nowych technologii, podobnie jak ludzi w innych częściach świata. Problem w tym, że niewielu może sobie na nie pozwolić. Kupno stacjonarnego komputera jest tutaj niemal jak wygrana na loterii.
Produkcja komputerów w kraju jest ściśle regulowana i powierzona jednej firmie określanej jako „Morning Panda”. Według różnych źródeł i zgodnie z decyzjami władz przedsiębiorstwo produkuje od około 100 do 1000 komputerów rocznie.
Myślicie, że to mało? Import komputerów do Korei Północnej jest zakazany, a duża część nawet tych nielicznych lokalnych komputerów zbudowanych na chińskich podzespołach nie trafia do prywatnych właścicieli. Według danych odnoszących się do 2019 roku w kraju zarejestrowanych było nie więcej niż około tysiąca adresów IP, przy czym większość należała do instytucji państwowych.
Jeśli ktoś chce kupić komputer w Korei Północnej, potrzebuje nie tylko odpowiedniego momentu na jego zakup, ale również wymaganych zezwoleń na korzystanie z urządzenia. Po zakupie komputer trzeba zarejestrować na policji.
Ponieważ komputer bez sieci jest urządzeniem o mocno ograniczonych możliwościach, można następnie złożyć wniosek o podłączenie. I tutaj zaczynają się problemy – taki wniosek może zostać rozpatrzony, ale równie dobrze może zostać pozostawiony bez odpowiedzi. Jeśli składacie go wielokrotnie, oczekiwanie może potrwać jeszcze dłużej. A jeżeli wniosek zostanie zaakceptowany, trzeba liczyć się ze stałym nadzorem i monitoringiem ze strony władz.
Internet w Korei Północnej rzeczywiście istnieje, ale wygląda zupełnie inaczej niż sieć, do której jesteśmy przyzwyczajeni. W 2000 roku KRLD uruchomiła własną zamkniętą sieć o nazwie „Kwangmyong”. Podobne systemy określa się mianem intranetu.
Intranet to wewnętrzna sieć wykorzystująca standardy i technologie znane z internetu, ale pozbawiona swobodnego dostępu do globalnej sieci. Jest to izolowana prywatna infrastruktura, która w tym przypadku pozostaje całkowicie kontrolowana przez państwo.
Do budowania podobnych, coraz bardziej kontrolowanych systemów sieciowych dąży również Rosja. Wracając jednak do Korei Północnej – właśnie taki intranet pełni tam dla większości mieszkańców funkcję internetu. Kto więc z niego korzysta, skoro prywatny komputer posiada tak niewiele osób? Przede wszystkim użytkownicy smartfonów i sieci 3G.
Smartfony dostępne w Korei Północnej również są specjalnie przygotowywane. Nie mogą swobodnie łączyć się z globalnym internetem, a według dostępnych opisów system może wykonywać cykliczne zrzuty ekranu, aby umożliwić późniejszą kontrolę aktywności użytkownika.
Według przytaczanych statystyk z mobilnych usług sieciowych korzysta około 70% ludności. Nie należy jednak wyciągać z tego zbyt optymistycznych wniosków, ponieważ użytkownicy mają dostęp przede wszystkim do lokalnego intranetu i zatwierdzonych przez państwo stron.
Są to serwisy dotyczące edukacji, kultury, kina oraz oczywiście partii i państwa. W internecie można znaleźć informacje sugerujące, że Kwangmyong zawiera obecnie ponad tysiąc różnych stron, jednak takie dane są trudne do potwierdzenia. Jednym z ciekawszych wydarzeń był wyciek ogromnej ilości danych z jednego z północnokoreańskich serwerów, który miał być niewłaściwie zabezpieczony.
Takie serwery są dla kraju istotne, ponieważ nawet pracownicy IT nie mają pełnej swobody korzystania z komputerów. Praca przy sprzęcie odbywa się pod ścisłym nadzorem. W niektórych miejscach, na przykład w bibliotekach, można korzystać z komputerów i lokalnej sieci, ale odbywa się to pod kontrolą personelu.
Trudno też znaleźć w takim internecie informacje wykraczające poza oficjalnie dopuszczony zakres. Większość treści dotyczy samej KRLD, jak gdyby zewnętrzny świat praktycznie nie istniał.
Jeśli komuś uda się zdobyć komputer, musi opanować lokalny system operacyjny, który mimo podobieństw nazewnictwa nie ma nic wspólnego z systemami Apple i został zbudowany na bazie Linuksa. Wszystko jest w nim lokalne – od przeglądarki po kalendarz.
Lista dostępnych narzędzi jest mocno ograniczona. Użytkownik otrzymuje podstawowe programy, takie jak zegar, kalendarz, przeglądarka czy notatnik, a cały system funkcjonuje pod rygorystyczną kontrolą.
Jeśli użytkownik próbuje przenieść pliki z komputera na pamięć USB, również może napotkać ograniczenia. Według dostępnych informacji kopiowane pliki mogą być dodatkowo znakowane w sposób pozwalający prześledzić ich źródło w przypadku nieautoryzowanego rozpowszechniania.
W intranecie KRLD praktycznie nie ma otwartej sekcji komentarzy. Swobodne komentowanie treści jest ograniczone, ponieważ mogłoby prowadzić do rozpowszechniania niepożądanych informacji.
Obok stron dotyczących gotowania czy oficjalnej historii w 2016 roku pojawił się serwis noszący nazwę „Najlepsza sieć społecznościowa”. Trudno nie zauważyć, skąd zaczerpnięto inspirację – strona była niemal kopią Facebooka, a niedługo później została zhakowana.
Ataku miał dokonać Szkot, który po prostu otworzył panel administratora i użył danych logowania: login: admin, hasło: password. Po incydencie KRLD całkowicie usunęła „Najlepszą sieć społecznościową”.
Trzeba pamiętać, że praktycznie każdy krok wykonywany nawet w Kwangmyongu podlega ścisłej kontroli. Władze mogą mieć dostęp do historii aktywności, korespondencji czy innych form komunikacji.
Dotyczy to również drugiej części północnokoreańskiej infrastruktury – prawdziwego internetu. Tak, Korea Północna posiada dostęp do globalnej sieci, ale mogą z niego korzystać wyłącznie wybrane osoby.
Grupa ta ma obejmować od około stu do nawet tysiąca urzędników i osób powiązanych z elitą władzy, a możliwość korzystania z globalnego internetu jest ściśle regulowana.
Nie wiadomo dokładnie, czy uprzywilejowani użytkownicy mogą korzystać z globalnego internetu bezpośrednio przez smartfony. W kraju nie działa typowy rynek światowych operatorów, choć pojawiały się informacje, że część połączeń międzynarodowych jest obsługiwana poprzez infrastrukturę znajdującą się przy granicach z Rosją i Chinami.
Wiadomo natomiast, że wybrane osoby mogą korzystać z globalnego internetu na komputerach, choć również tutaj sprzęt i dostęp pozostają regulowane. Dokładne zasady nie są publicznie znane, dlatego wiele kwestii pozostaje otwartych.
Duża część informacji o codziennym funkcjonowaniu technologii w Korei Północnej pochodzi od osób, którym udało się opuścić kraj. Innym źródłem są relacje turystów, którzy osobiście odwiedzali KRLD. Należy jednak pamiętać, że zagraniczni goście widzą przede wszystkim to, co władze pozwalają im zobaczyć.
Swobodne korzystanie z Wi-Fi jest mocno ograniczone ze względu między innymi na ryzyko niekontrolowanego przesyłania lokalnych plików. Pamięci USB mogą mieć tam znacznie większą wartość praktyczną niż w krajach z powszechnym dostępem do internetu, natomiast zwykły komputerowy gaming pozostaje czymś bardzo egzotycznym.
W Korei Północnej Steam nie jest po prostu zwyczajną platformą, z której mieszkańcy mogą korzystać – większość społeczeństwa prawdopodobnie nawet o nim nie słyszała. Podobnie wygląda sytuacja z usługami takimi jak Google, Instagram czy powszechnie dostępne Wi-Fi. Dlatego klasycznego gamingu internetowego właściwie się tam nie spotyka.
Mimo to od lat w internecie krąży historia dotycząca punktu zlokalizowanego w Pjongjangu, który miał wskazywać jedynego użytkownika Steam w KRLD. Powstało wokół tego wiele spekulacji, a jedną z najpopularniejszych teorii jest ta, że konto mogło należeć do samego Kim Dzong Una.
Powszechnie mówi się o jego zainteresowaniu koszykówką i elementami amerykańskiej kultury, dlatego wśród spekulacji pojawiają się również gry komputerowe.
Istnieje również inna teoria – konto mogło być wykorzystywane przez północnokoreańskich specjalistów zajmujących się cyberoperacjami. KRLD rozwija struktury hakerskie wykorzystywane do pozyskiwania danych, kryptowalut oraz prowadzenia ataków przeciwko zagranicznym podmiotom.
Najbardziej znaną grupą kojarzoną z Koreą Północną jest Lazarus Group, której przypisuje się między innymi duże kradzieże kryptowalut oraz ataki wymierzone w południowokoreańskie podmioty.
Strony internetowe KRLD wyglądają tak, jakby zatrzymały się gdzieś na przełomie epok. Jeśli obywatel w jakiś sposób uzyska możliwość otwarcia zagranicznych stron, nadal napotka kolejne bariery. Na białej liście mogą znajdować się niektóre anglojęzyczne źródła, ale znajomość języka angielskiego nie jest powszechna.
Nawet oglądanie zagranicznych treści może prowadzić do poważnych konsekwencji, nie mówiąc już o swobodnym przeglądaniu mediów społecznościowych, gdzie przeciętny mieszkaniec mógłby zobaczyć zupełnie inny obraz życia poza granicami kraju.
Intranet może być jednym z kierunków, w którym w przyszłości będą podążały kolejne państwa dążące do coraz większej kontroli nad przepływem informacji. Pod tym względem KRLD można wręcz uznać za pioniera. Szkoda tylko, że takie „nowatorstwo” wiąże się z autorytaryzmem, ścisłą kontrolą informacji i ograniczeniem osobistej wolności.