Kiedy mowa schodzi na L2, zmysły oldów zaczynają wygrywać całą symfonię. Podczas gdy jedni uganiali się za kobiecymi nogami i cierpieli przez pierwszą miłość, pierwszą miłością chłopaków stało się Lineage 2, które dawało nie mniejsze spektrum emocji: radość, intrygę, niepewność, nienawiść i kiepskie zakończenie. Gdyby L2 była kobietą, byłaby najszczęśliwszą i najbardziej pożądaną furią na całej planecie, bo traktowano ją jak przewodniczkę kultu, który zdawał się nie mieć końca. To nie był po prostu świat o powierzchni 237 kilometrów kwadratowych w połowie lat 2000., Karol, to nie była po prostu kolejna fantastyczna planeta – to był prawdziwy inny wymiar, do którego mogłeś wejść w 2007 roku i wyjść dopiero w 2011. Zanurzymy się w potężnej nostalgii, która dla ludzi niemających pojęcia o L2 zamieni się w równie ciekawą historię. Jestem Andrij Bezsowisnyj i na początek zostawię wam zaproszenie na stronę naszego sklepu internetowego, gdzie zawsze możecie kupić topowy komputer gamingowy . Wybierz zestaw na MSI i odbierz Crimson Desert w prezencie!
Podobne materiały powinny zaczynać się od kilometrowego wywodu o historii Lineage, jego powstaniu, rozkwicie, upadku i przejściu do tej formy, do której w latach 2000. modliły się miliony. W praktyce wszystko, co musicie wiedzieć, sprowadza się do tego, że jest to koreańskie MMORPG od studia NCSoft, które z azjatyckiego rynku w połowie lat 2000. znalazło sobie wiernych templariuszy na terenach od Karpat aż po syberyjską zmarzlinę, składających śluby wiecznej czystości. W 2026 roku przeciętnemu użytkownikowi internetu, który w 2006 chodził jeszcze pod stołem i mówił kotu „przesuń się”, dalsza część tej historii może wydawać się nieco dziwna, a takie dziady jak my mogą wręcz zostać zrównane z naszymi własnymi dziadkami. Mniej więcej właśnie wtedy internet zaczął masowo pojawiać się w domach, a właściwie – jego najgorsze możliwe wcielenia. Ludzie przekazywali sobie z ust do ust informacje o jakiejś mitycznej grze na Unreal Engine, w której istnieje cały świat elfów, orków i krasnoludów, a za każdym z nich stoi żywy człowiek. Reszta świata znała ją już od 2003 roku i nawet grała w ramach płatnego abonamentu, podczas gdy na naszych terenach Lineage stało się świętym i darmowym miejscem pielgrzymek najbardziej zatwardziałych no-life'ów.

Współczesne grindowniki nerwowo palą w kącie w porównaniu z L2, ponieważ to nie był jakiś tam zwykły grinder – to była gra, która zastępowała rzeczywistość. Żebyście zrozumieli: wyjście z gry nazywano tutaj „wyjściem do reala”, a o ludziach, którzy usuwali L2, układano mity i heroiczne pieśni mówiące o tym, że na zawsze odeszli do reala. I wtedy naprawdę potrafiło to przerażać, ponieważ w tej grze znajdowałeś przyjaciół, którzy mogli mieszkać milion kilometrów od ciebie i nadal być z tobą na jednej fali, a później również całe top-klany, które sklejały ludzi ze sobą jak kartki papieru na lekcji plastyki. W grze był czat ogólny, zawierający jednocześnie hero chat, a także czat grupowy i prywatny. Piszesz „Ku”, ktoś odpisuje „Ku” – tak wyglądało tutejsze powitanie, a później zaczynała się rozmowa z bardzo dużą liczbą rybich żeberek))))) Najciekawsze było to, że każdy gracz w L2 sam wybierał dla siebie cel. Największym zaszczytem było zwycięstwo na Olimpiadzie, dzięki któremu stawałeś się bohaterem, czyli Hero. Hero świecił i mógł pisać na niebiesko na czacie ogólnym.

W ten sposób Hero z różnych klanów mogli urządzać publiczne gównoburze na oczach całego serwera i była to pełnoprawna polityka w świecie gry, ponieważ każdy klan trzymał własne terytorium, którego musiał bronić albo zdobywać nowe w każdą sobotę. Czyli w grze istniała cała geopolityka, a wejście do top-klanu pozwalało uczestniczyć w życiu miejscowych elit i bezpośrednio wpływać na rozwój tego świata. Dołączenie do top-klanu samo w sobie było jednym z głównych celów wielu graczy. Trzeba było mieć dobry gear i Noblesse, które na Interlude dawało jeszcze +2 profesje. Ogólnie wszystko, o czym tutaj opowiadam, dotyczy najlepszych kronik Lineage 2 – od Interlude do Freyi – złotej epoki, która zdołała zarazić wszystkich dookoła wściekłym wirusem no-life'u. Inni gracze mogli wchodzić do gry po prostu dla odpoczynku i medytacji, a niektórzy szukali tutaj przyjaciół i nowych znajomości. Najciekawsze było to, że każdy top-klan miał własną stronę internetową, najczęściej zrobioną w jakimś kreatorze stron. Wchodziłeś tam i składałeś podanie ze swoim nickiem z serwera oraz informacjami o gearze. Czasami, jeśli wcześniej należałeś do jednego top-klanu, inny nie chciał cię przyjąć tylko dlatego, że kiedyś byłeś varem, czyli członkiem wrogiej organizacji. Polityka w tej grze wciskała się w najwęższe szczeliny, dlatego zawsze trzeba było wiedzieć, kto z kim aktualnie walczy i kto kogo gniecie. A gnieciono tutaj naprawdę brutalnie.

W tamtym czasie w L2 było pięć ras. Niektóre dzieliły się na wojowników i magów, a później jeszcze na trzy różne klasy. Krasnoludy nie miały podobnego podziału i służyły bardziej do farmienia waluty – „exp krasnoluda i nie będziesz miał problemów z kasą”, mówili. W praktyce często trzeba było expić po cztery albo pięć postaci, żeby normalnie grindować w tej grze. Minimum stanowił krasnolud-spoiler i PP, czyli buffer, którym buffowałeś główną postać i szedłeś farmić na dwóch albo trzech oknach. Co to w ogóle za okna? Chodzi o to, że uruchamiasz L2 trzy razy na jednym komputerze, otwierając trzy osobne okna i przełączając się między nimi podczas gry. Oczywiście nie zawsze było to konieczne, ale ludzie rozwijali także krasnoluda-craftera i sadzali go na sprzedaży na rynku w Giran, gdzie w jednym oknie mógł siedzieć przez cały dzień, dopóki komputer był włączony. Spoiler wybijał receptury na broń i sprzęt, a crafter mógł stworzyć wszystko praktycznie za grosze, choć zawsze można było również skorzystać z usług innych crafterów za niewielką opłatą. W grze istnieli także inni bufferzy należący do pozostałych ras, ale ten tekst nie jest encyklopedią – to uderzenie nostalgii.

Każda rasa miała własny noob village, w którym zaczynałeś tłuc moby drewnianym mieczem, ubrany praktycznie w same gacie. Tempo expienia zależało od rate'ów serwera: od ×1 do ×1000 i jeszcze wyżej. Im wyższy rate, tym szybszy exp. Ja grałem na ×4, więc wbicie 80. poziomu od zera zajmowało naprawdę dużo czasu. W tym gigantycznym świecie mogłeś iść właściwie wszędzie, żeby znaleźć dobre miejsce do farmienia, ale w większości przypadków ludzie doskonale znali spoty, gdzie dobrze kapało, dlatego inni często przybiegali tam wyłącznie po to, żeby popkować. Zlać kogoś na PK oznaczało po prostu zamordować go bez żadnego powodu. Później twój nick stawał się czerwony, a jeśli ktoś cię zabił, mogłeś losowo upuścić część sprzętu. Dlatego PK trzeba było „odmywać” na mobach, czyli zabijać odpowiednią ich liczbę, zanim ktoś dopadnie ciebie i wypadnie z ciebie broń warta kilka tysięcy hrywien. Jeśli natomiast przeciwnik się oflagował, czyli również cię uderzył, po jego śmierci nie zostawałeś PK, tylko zwycięzcą PvP, którego licznik bez przerwy nabijał kolejne kille. Mogła więc przyjść banda prawie nagich typów około 70. poziomu z bronią A-grade i zepsuć farmę 40-levelowym noobom w całej dolinie, dopóki nie pojawił się ktoś naprawdę mocny i ich nie ustawił. Poległych można było jednak zawsze wskrzesić, dlatego czat w takich miejscach bujnie kwitł tekstami „res plz)”.

Świat L2 był tak ogromny, że praktycznie nikt nigdy nie przemierzał go pieszo ani nawet na striderze. Do każdej lokacji istniał teleport, a podróżowanie z miasta do miasta potrafiło mimo wszystko zabierać naprawdę dużo czasu. Najlepsze było to, że ten świat nie tylko wyglądał jak na tamte czasy niezwykle pięknie i bajkowo, lecz był również niewiarygodnie różnorodny pod względem atmosfery. Znajdowały się tutaj wszystkie biomy i jeszcze więcej, bo kolejne warstwy fantazji twórców uderzały niczym precyzyjny strzał z SWD. Jeśli byłeś liderem klanu, mogłeś nawet latać na wiwernie – pozdrawiamy Nazgûle! Kolorowy i jasny świat potrafił bardzo szybko zmienić się w ponury i groteskowy, podczas gdy ty byłeś w nim tylko pasażerem próbującym dobić chociaż do 75. poziomu. Ale nawet maksymalny level nie oznaczał bajkowych spacerów po wodzie, ponieważ później trzeba było wyfarmić topowy sprzęt, który za prawdziwe pieniądze potrafił kosztować tyle, co trzy pensje twojego ojca.

Na serwerach z niskimi rate'ami zdobycie sprzętu S-grade było naprawdę trudne. A właściwie – wymagało po prostu cholernie dużo czasu, szczególnie jeśli nie miałeś jeszcze za sobą pierwszego tysiąca godzin. Jeśli współczesne gry lubią liczyć podobne rzeczy, w L2 po prostu dostawałeś na czacie komunikat, że grasz już trzynaście godzin i czas zrobić sobie przerwę, bo możesz wyciągnąć kopyta. Mogłeś wejść do gry o dziewiątej rano i wyjść z niej o północy, i było to absolutnie normalne. Jeśli natomiast robiłeś quest na Noblesse, na jednym z etapów tego kilometrowego zadania trzeba było uderzyć Baiuma, topowego bossa pojawiającego się raz na trzy dni. I nikt nie wiedział, KIEDY DOKŁADNIE się pojawi, a sam boss padał w kilka minut. Mogłeś więc przez trzy dni czekać pod bramą tylko po to, żeby raz go uderzyć i zaliczyć questa, a Baium mógł pojawić się gdzieś o piątej rano, przez co trzeba było czekać następne trzy dni. Zabawa stawała się jeszcze ciekawsza, kiedy bezpośrednio przy bossie PKował cię klan warów. Na szczęście ten gigantyczny quest trzeba było zrobić tylko raz, po czym ponownie expiłeś do 80. poziomu, ale tym razem rozwijałeś kolejną profesję, a później robiłeś to trzeci raz, jeśli chciałeś zdobyć jeszcze jedną. Czyli jeśli od początku wybrałeś na orku klasę Tyrant, mogłeś dorzucić mu jeszcze dwie dowolne klasy, żeby poszerzyć gameplay i nie expić za każdym razem nowej postaci. Noblesse dawało ci także diadem, którym mogłeś szpanować przed noobami proszącymi cię o kasę w Dion. Gear i broń uzupełniała biżuteria.

Wszystko razem dzieliło się na grade'y: od No Grade i D-grade aż do S-grade w czasach Interlude. Biżuteria chroniła przed magami, a pancerz przed obrażeniami fizycznymi. Broń można było enchantować do +20 i wyżej, o ile pamięć mnie nie zawodzi, ale już po +8 bardzo często się łamała, przez co traciłeś zarówno broń, jak i wykorzystane zasoby. Im wyższy enchant, tym niższa szansa powodzenia. Broń +20 była czymś w rodzaju Świętego Graala serwera – posiadały ją pojedyncze osoby albo obsrani donatorzy, których również tutaj nie brakowało. Tak, w L2 był donat, który bezpośrednio wpływał na gameplay. Za prawdziwe pieniądze mogłeś kupić cały sprzęt, a nawet gotową postać od innego gracza, choć początkowo administratorzy za takie rzeczy banowali, natomiast później nawet w samej grze pojawiły się zakładki z donatem. Wszystko zależało od serwera – na ×1 czy ×4 na Interlude czegoś takiego osobiście nie widziałem. Nawet najbardziej topowy gear nie gwarantował jednak zwycięstwa, ponieważ ogromne znaczenie miały tutaj ręce – ręce pianisty. Jeśli we współczesnych grach pokroju Path of Exile czy Diablo albo innych grinderach korzystasz z dwóch czy trzech skilli, w L2 używałeś 22 i więcej. Wszystko zależało od twojego buildu i zestawu sprzętu – masz głowę i *** – kombinuj. Dodajcie do tego nieustanne używanie potek na CP, czyli dodatkową warstwę ochrony, a otrzymacie kompozycję Chopina wygrywaną na klawiaturze za czterdzieści hrywien. Przy tym wszystkim można było paść w ciągu kilku sekund.

Najgroźniejszych wojowników znał cały serwer. W L2 naprawdę mogłeś zostać legendą, której nick przez lata był przekazywany z ust do ust. Na każdym serwerze obowiązkowo pojawiali się PK-erzy, których sława docierała na lokację jeszcze przed nimi. Dwóch typów potrafiło wyczyścić cały spot i nawet pochować kilku Hero, zależnie od taktyki i elementu zaskoczenia. Do roli PK-erów najczęściej wybierano TH, czyli Treasure Hunterów, którzy potrafili zdjąć przeciwnika jednym uderzeniem w plecy, jeśli wszedł lethal, którego szansa wynosiła jakiś mikroskopijny procent. Warto powiedzieć, że choć niektóre klasy gracze wybierali częściej od innych, praktycznie każda potrafiła naprawdę konkretnie naparzać – nawet bufferzy, którzy często wygrywali Olimpiadę. Były również klasy na dwa czy trzy przyciski, takie jak Overlord, który leczył się jak skurczybyk i na którego lethal zdecydowanie by się przydał. W L2 bardzo często decydował nie level i gear, tylko ręce, ale nie ma też sensu łudzić się, że w A-grade i z Homką +15 położysz Hawkeye'a w Draconicu.

L2 rozwijało się poprzez kolejne kroniki, które zmieniały balans, wpływały na gameplay i dodawały nowe elementy. To właśnie czasy Interlude uznaje się za złotą epokę L2, choć następna kronika, Kamael, również była dobra i wprowadziła nową rasę Kamaeli, którzy potrafili konkretnie ciąć. W grze istnieli raid bossowie i epic bossowie, z których wypadała epic biżuteria. Epic bossowie pojawiali się raz na kilka dni, jak Baium, i praktycznie natychmiast byli zabijani przez jeden z klanów. Kto zdążył, ten lepszy, ale bardzo często wyprawa na raid bossa kończyła się masowym PvP z innym klanem. Z bossa wypadał jeden element biżuterii z ośmiu – logicznie, że wszystkich epiców również było osiem i każdy miał inny poziom. W rzeczywistości epic bossowie nie stanowili dla dobrze zorganizowanego klanu wielkiego wyzwania i przy odpowiedniej taktyce padali całkiem łatwo. Później zdobyty przedmiot rozdzielano pomiędzy członków klanu, a wszystko omawiano już na Ventrilo – specjalnym programie do rozmów głosowych w klanie. Bez mikrofonu do top-klanu nie przyjmowano. Czyli jeden przedmiot – jeden kandydat. I wcale nie było pewności, że wasz klan w ogóle zdąży na epica albo wygra zadymę z innym klanem przy tym samym bossie. Byłem w różnych top-klanach, ale doczekanie się tam epic biżuterii było mniej więcej równie realne jak poderwanie Sydney Sweeney przez Skype'a. Warto zaznaczyć również, że każdy top-klan prowadził własną wojnę z innymi top-klanami, a same klany mogły łączyć się w całe sojusze. Jeśli więc widziałeś wara, mogłeś spokojnie go PKować bez obawy o swój sprzęt. Najciekawsze było to, że w takich klanach zbierali się ludzie nie tylko z najróżniejszych miejsc, ale też w zupełnie różnym wieku, o innych poglądach i zawodach. Mogłeś mieć piętnaście lat i spokojnie gadać na Ventrilo z ludźmi, którzy mieli ponad trzydzieści pięć.

L2 było idealną grą pod względem przyciągania różnych grup odbiorców na zupełnie różne sposoby. Każdy znajdował tutaj coś swojego, co później kochał i uwielbiał przez lata: ktoś logował się wyłącznie dla internetowych znajomych, których tutaj poznał, z którymi expił i prowadził ciekawe rozmowy; ktoś wchodził gnębić noobów i nabijać licznik PvP; ktoś chciał zajmować się geopolityką i zdobywać zamki. Każdy klan kontrolował jedno z terytoriów, na którym stał zamek. Oblężenie zamków odbywało się w sobotę o określonej godzinie. Wtedy wszystkie klany się zbierały i albo broniły, albo przeprowadzały niespodziewany atak. Ekran zamieniał się w martwe truchło zwierzęcia pełne larw i jednocześnie dyskotekę ze światłami. Trzeba było rzucić odpowiedni cast wewnątrz zamku, żeby go przejąć, po czym przez co najmniej tydzień należał do waszego klanu i dawał określone bonusy. To była topowa zadyma, którą można było zobaczyć tylko w sobotę i zdecydowanie była tego warta. Z klanu można było również wylecieć za różne przewinienia albo za powiedzenie liderowi klanu, żeby spierdalał, ale ogólnie podobnych top-klanów było na jednym serwerze około ośmiu, więc jakieś miejsce zawsze można było znaleźć, jeśli miałeś proste ręce i normalny gear. Z samego serwera można było natomiast wylecieć za przekręty i oszustwa – mnie raz zbanowali główne konto, psy, bo sprzedawałem jeden surowiec, podając go za inny, ponieważ oba miały tę samą ikonkę) Ale jeśli miałeś już wyexpionego buffera i spoilera, rozwinięcie świeżej postaci nie było tak problematyczne jak zaczynanie wszystkiego od zera i jeszcze bez żadnego doświadczenia w grze.

Impreza nie mogła jednak trwać wiecznie. Po kilku latach brutalnego no-life'u każda kolejna kronika wydawała się coraz słabsza. Ludzie masowo odchodzili do reala, a za oknem był już 2011 rok. Po premierze Goddess of Destruction L2 straciło swoją atrakcyjność, dawną formę i znaczenie, choć wielu z was zapewne zaczęłoby się ze mną kłócić w komentarzach. Do High Five była to naprawdę idealna gra, natomiast później coraz bardziej przypominała nieudaną parodię samej siebie. Ostatecznie Lineage nie wytrzymało konkurencji z czasem. Twórcy zaczęli je olewać, a dzisiaj istnieje głównie w postaci niewielkich prywatnych społeczności z donatowymi serwerami po około tysiąc graczy online, co jest naprawdę smutne, ponieważ kiedyś na jednym serwerze potrafiło biegać nawet dziesięć tysięcy osób, a niektóre stare statystyki pokazują wręcz bajkowe liczby, które dzisiaj trudno już zweryfikować. Obecnie L2 jest reliktem, do którego wraca się przede wszystkim dla nostalgii, wybierając właśnie stare kroniki. Ku, chłopaki.