Komputery, laptopy, podzespoły, peryferia i akcesoria w atrakcyjnych cenach Katalog produktów
#poradniki-do-gier

Przegląd Directive 8020

Przegląd Directive 8020

Directive 8020 od samego początku wydawało się najciekawszą częścią The Dark Pictures. Ta seria jest jak jeden z ulubionych zespołów, który nigdy nie wydaje słabego albumu. Dopóki jednak taki zespół nie zakończy kariery, zawsze istnieje ryzyko pojawienia się przeciętniaka. I właśnie taka historia zawitała do naszego dzisiejszego materiału, więc rozsiądźcie się wygodnie. Przypominam, że  komputery gamingowe znajdziecie już w Artline, podobnie jak sympatyczne 30% zniżki.

Kosmiczny horror – oto jak zainteresować faceta. Samotny statek w bezkresnym kosmosie, który natrafia na nieznane dotąd zagrożenie. Hollywood nie odchodzi od podobnego schematu jeszcze od końca lat 60., kiedy na ekrany trafił legendarny film Stanleya Kubricka „2001: Odyseja kosmiczna”. I jest to całkowicie normalne, ponieważ taki punkt wyjścia jest zaledwie niewielką bramą do światów i sytuacji, od których ugina się wyobraźnia.

Directive 8020 zdążyło zgarnąć po trochu z najróżniejszych kultowych filmów i gier w tym gatunku. Już od pierwszych minut wita nas stylistyka „Obcego”, pozwala poczuć skalę niczym we wspomnianej „Odysei”, a później prowadzi długimi korytarzami statku jak w „Pandorum”. Jeśli spojrzeć na growe dziedzictwo, dzieło Supermassive Games jest wyraźnie inspirowane serią Dead Space i The Callisto Protocol. Do najbardziej oczywistych źródeł inspiracji można też zaliczyć Alien: Isolation i Fort Solis. Połączcie to wszystko w jedną całość, dorzućcie zakręconą fabułę z dezorientującymi zwrotami akcji w stylu tych twórców i otrzymacie Directive 8020.

Cóż, w takim przypadku wszystko brzmi niezwykle kusząco, bo dostajemy grę, w której spleciono ze sobą to, co najlepsze. Czy jednak taki numer gwarantuje zwycięski rezultat? Patrząc na Crimson Desert, które wzięło z różnych gier najlepsze elementy i ulepiło z nich jedną całość, podobna praktyka wcale nie gwarantuje sukcesu. Staje się raczej gwarancją ciekawego assortimentu, którego poszczególne smaki niezbyt trafnie się ze sobą przecinają, tworząc jakiś trudny do określenia posmak. I choć gównem nie pachnie, to jednak czymś zalatuje.

Directive 8020 zaczyna z wszelkimi szansami na sukces. Ludzkość umiera, dlatego wysyła ekspedycję na odległą egzoplanetę, żeby zbadać sytuację przed przybyciem wielkiego statku z kolonistami. Na przyszły dom wybrano planetę Tau Ceti f jako najbardziej odpowiednią kandydatkę dla ludzkiej cywilizacji. Teraz spójrzcie na tę planetę i zadajcie sobie kilka pytań dotyczących tamtejszych naukowców, bo wygląda ona jak strumień ognia z dupy gracza Doty, a nie miejsce do kolędowania i jedzenia święconej kiełbasy. Bohaterowie tłumaczą taki wybór w prosty sposób – mają przylecieć goście, którzy znają się na terraformowaniu planet, oni zrobią z niej cukiereczek, a na razie trzeba po prostu trochę pocierpieć. Niesamowity wybór w niedalekiej przyszłości, skoro już w 2026 roku znamy ponad 6 tysięcy egzoplanet, których atmosfera nie jest jednym wielkim, niekończącym się sztormem. Przypominam, że mamy przed sobą kosmiczny horror, dlatego już od pierwszego rozdziału zaczną nam tutaj dosypywać diabelstwa… i robią to skutecznie. I dokładnie w chwili, kiedy zaczynasz na coś liczyć, gra brutalnie wyciąga cię z prywatnej kriokomory do przerażającej rzeczywistości. Bo w tej grze najbardziej przeraża nie atmosfera, tajemniczość czy screamery, lecz to, co każą ci tutaj robić.

Jeśli chodzi o gameplay tego projektu, sprowadza się on do dwóch elementów: biegania i zabawy w chowanego. Bieganie, chowanie się, rozwiązywanie tej samej zagadki sto tysięcy razy i gdzieniegdzie czteroprzyciskowe QTE. Już wyobrażacie sobie prawdziwy opis takiej gry? „Czeka na was ekscytujące 4-przyciskowe QTE, niekończące się czołganie szybami wentylacyjnymi o długości trasy Kijów–Odessa i ciągła zabawa w chowanego z przeciwnikami, którzy mają tylko po jednym schemacie poruszania się! Dowiedz się, którego bohatera chłopak-gej został na Ziemi i kto pozwala sobie nie wierzyć w Jezusa w dalekiej przyszłości, a przy okazji spróbuj uratować wszystkich członków załogi, wykonując to samo zadanie ponad sto razy!”. Bo właśnie taki opis byłby całkowicie prawdziwy, ponieważ poza chowaniem się, bieganiem przed siebie i rozwiązywaniem dwóch zagadek, które w jednym rozdziale powtarza się po 15 razy, gra nie ma gameplayowo praktycznie nic do zaoferowania.

O ile poprzednie gry The Dark Pictures oferowały bardzo niewiele gameplayu, w którym można było swobodnie eksplorować i całkowicie sterować postacią, o tyle w Directive 8020 twórcy z jakiegoś powodu postanowili nasypać właśnie tego znacznie więcej. Jeśli w poprzednich grach gameplay nie sprawiał problemów i był odbierany jako coś lekko ubogiego, ale zabawnego, tutaj niemal cała gra skupia się właśnie na nim zamiast na typowej opowieści prowadzonej za pomocą cut-scen z wciskaniem QTE tam, gdzie trzeba. Zamykają was w nieskończonych korytarzach o całkowicie identycznym designie. Całe dekady każą spędzać w jakichś szybach niczym w Dead Space i podobnie jak w Dead Space niczego ciekawego do tych szybów nie wkładają. W trybie swobodnej eksploracji nikt nie może was zaatakować ani zadać obrażeń, poza screamerami wyskakującymi od czasu do czasu, żeby nie było zbyt nudno, bo już w połowie gry spokojnie można zasnąć mimo intrygującej fabuły. Gameplay tej gry jest tak biedny, że gospodarka DRL może wziąć urlop.

Nawet z notatkami specjalnie się tutaj nie wysilano, podobnie jak z dodatkowymi nagraniami, które trochę rozjaśniają sytuację. Wszystko po to, żeby zrobić miejsce na główną zabawę – grę w chowanego. Dostajecie arenę, dostajecie potwora rodem z The Callisto Protocol, który jest maksymalnie oskryptowany i posiada tylko jeden schemat poruszania się, po czym gra mówi: „No dawaj, przejdź obok potwora niezauważony!”. W grze istnieje tryb, w którym nie tracicie postaci, ale nie widzę sensu grania w ten sposób, więc jeśli choć raz wpadniecie w ręce mutanta i nie wciśniecie przycisku na czas – tracicie bohatera. A takich sytuacji będzie po kilka niemal na każdym poziomie i wszystkie będą identyczne. Bez żartów, aż do samego końca gra będzie dusiła was dokładnie tym samym zajęciem – ucieczką przed formą życia. Schemat skradania w grach nie zmienia się od jakichś 20 lat: przeciwnicy nie widzą cię z metra, a ty musisz czołgać się na dupie, żeby rozpracować ich trasę. Tutaj jest dokładnie tak samo, tylko trasa jest jedna i do tego lilipucia, a jeśli potwór was zauważy, to nawet po potraktowaniu go pałką elektryczną nadal robi ogromny kipisz i was znajduje. Na szczęście czasami gra wybacza takie wykrycie, ale tylko czasami – postać można tutaj stracić wyłącznie przez niewciśnięcie jednego przycisku.

Jeśli chodzi o same postacie, casting wygląda tutaj jak od Netflixa. W kosmos muszą lecieć nie po prostu specjaliści, ale specjaliści różnych ras, bo inaczej przecież nic by się nie udało. Zbiór najgorszych, najbardziej męsko wyglądających bab w tej grze nie wywołuje owacji, podobnie jak cała reszta bohaterów. W przeciwieństwie do wcześniejszych gier tutaj wszyscy wyszli jacyś bez smaku, niczym barszcz bez śmietany i czosnku. Trzeba jednak zaznaczyć, że fabuła naprawdę jest ciekawa, a aktorstwo miejscami całkiem niezłe, choć niektórzy aktorzy straszyli mnie tutaj bardziej niż same potwory. Również w przeciwieństwie do poprzednich gier horror nie jest tutaj psychologiczny, lecz realny, tak jak w House of Ashes. Nie będę spoilerował całej historii, ale powiem, że jest to brutalny kopiuj-wklej jednego z moich ulubionych filmów – „Coś” Johna Carpentera – oraz jeszcze jednego filmu, którego tytułu nie podam, ponieważ byłby to jeszcze potężniejszy spoiler finałowego twista.

Powiem tak: fabuła rzeczywiście jest ciekawa i naprawdę trzyma w napięciu, ale w tej grze znajduje się zdecydowanie za mało wyborów i zdecydowanie za mało rozgałęzień fabularnych. W poprzednich częściach seria prowadziła znacznie bardziej zakręcone linie fabularne, a czasami nawet przywracała utraconych bohaterów, podczas gdy tutaj wszystko jest maksymalnie ubogie. Wszystko sprowadza się do tego, że wasi bohaterowie mogą zachowywać się albo normalnie, jak ludzie, albo nieadekwatnie, jak na Netflixie. Niektóre postacie gra może wam podstępem odebrać, dlatego nigdy nie spieszcie się z biegnięciem prosto do celu. W wielu sytuacjach Directive przypomina Fort Solis, ponieważ zamienia się w symulator chodzenia i symulator otwierania drzwi. Na dokładkę dostaliśmy jeszcze smartfon w formie opaski, za pomocą którego trzeba czatować z ekipą.

I to wszystkie mechaniki tej gry. Czyli zamiast fajnego filmu z QTE, akcją, dużą dawką dramatu i obsadą bez wciskanej agendy dostajemy „schowaj się przed formą życia”, „pokręć przełącznikiem w cztery strony” i „po prostu idź przed siebie”. I choć stylistycznie oprawa wizualna została całkowicie zerżnięta z Dead Space, a szczególnie z The Callisto Protocol, z którego niemal w niezmienionej postaci przywędrowały tutaj potwory, otoczenie jest biedniejsze od studenta pierwszego roku. Jedyną rzeczą, która wyciąga tę grę, jest ciekawa fabuła science fiction, natomiast pod względem gameplayu – to kompletne dno. Na ten moment Directive 8020 jest dla mnie najgorszą częścią serii, choć na początku wydawało mi się kandydatem na najlepszą.